Tego dnia myślałam, że zwariuję, tak mi brakowało seksu...
Po drodze Paweł zaprowadził mnie gdzieś, gdzie mnie, jak psa, zaczipowano.
- Aua! Co to jest? - Poczułam ukłucie, które dość mocno mnie zabolało.
- To jest chip.
- Jaki dać dostęp? - Zapytał pielęgniarz, który mnie chipował.
- Zielona strefa. Nie chcę ryzykować. - Mówiąc to Paweł przyłożył do jakiegoś urządzenia rękę. Potem schował je do kieszeni.
- Dobra, zapisano. Do widzenia!
- Do widzenia. - Odpowiedzieliśmy kucharzowi chórem. Wyszliśmy z gabinetu.
- Co to znaczy? - Wolałam Pawła dopytać.
- To znaczy, że jak opuścisz przypadkiem, bądź specjalnie, zieloną strefę, to po chwili chip się aktywuje i urwie ci głowę. Nie będę ryzykował, że mi uciekniesz.
No to się porobiło. Nadal mój status jeńca wojennego jest utrzymany w mocy. Doszliśmy do mieszkania Pawła.
- Zapamiętaj gdzie mieszkamy. Ja teraz muszę wyjść. Wrócę o 17:00 na obiad. Tu ci zostawiam kartę na zakupy. Kup też sobie jakieś ubrania. Komputer na stole w salonie jest niezahasłowany. Możesz z niego korzystać. Obiad ma być domowy. Nie po to płaciłem tyle forsy za ciebie, żeby nadal stołować się na mieście.
Wyszedł. Rozglądnęłam się po mieszkaniu. Tradycyjne, bez szału. Dwie sypialnie, salon, łazienka i kuchnia. Przedpokój. Jesu nie pamiętam, kiedy ostatnio gotowałam. Musze się postarać. To nie była moja codzienność w domu rodzinnym. Jestem inteligentna, mam internet, jakoś to ogarnę.
- Jednak było warto w ciebie zainwestować tę kasę. - Powiedział Paweł po powrocie, pałaszując obiad. Fakt, zrobiłam coś, co potrafię i wyszło mi to bardzo smacznie.
Trzy miesiące później...
Tego dnia myślałam, że zwariuję, tak mi brakowało seksu...
- Co się tak tłuczesz? Hałasujesz tymi garnkami aż sufit się trzęsie. - Paweł stanął w drzwiach kuchni. Ręce oparł na framudze.
- A nic. Zła jestem. - Cóż miałam mu powiedzieć. No chyba nie prawdę.
- Na co jesteś zła. - Drążył.
- Eeee. - Odburknęłam.
- No co. Gadaj. - Podszedł do mnie.
No dobra. Powiem mu. Niech wyrzucę to z siebie, to oczyści atmosferę.
- A bo chodzisz po mieszkaniu taki goły. Myślisz, że to na mnie nie działa? Że ja jestem bez serca?
- Ja goły? Przecież jestem grzecznie ubrany w ręcznik. Zawsze tak chodzę tylko po kąpieli. To ty chodzisz cały czas w tych kusych bluzeczkach. I w tych przykrótkich szortach. Myślisz, że na faceta takiego jak ja to nie działa? Zobacz!
Spojrzałam tam, gdzie się zaczynał jego ręcznik. Fakt. Jego fiut stał na baczność.
- Nie myślałam o tym w ten sposób.
- No to teraz wiesz. Już trzy miesiące mam ten problem. I muszę z tym żyć. Wiedziałem, że będą kłopoty.
Nawet nie podejrzewałam, że tak na niego działam. Zaryzykować? Raz kozie śmierć.
- Jak można temu zaradzić? - Zapytałam spoglądając na niego spod półprzymkniętych powiek. Zagryzłam wargę.
- Nie rób tak, bo strasznie mnie to kręci. - Paweł podszedł do mnie i przeciągnął kciukiem po moich ustach.
Spojrzałam w górę, prosto w jego oczy. Przełknęłam dość głośno ślinę. Dotknęłam miejsca na brzuchu, gdzie zaczynał się, zamotany na jego biodrach, ręcznik.
- Nie nakręcaj się tak, bo jeszcze ci to spadnie. - Wsadziłam palec za ręcznik.
- Tak jak twoje ramiączko? - Nachylił się nade mną, zsunął ramię bluzki i pocałował mnie tam.
- Co ty robisz?
- Sprawdzam czy rzeczywiście nie masz serca. - Zaczął całować moje ramię w stronę szyi. Mój oddech się pogłębił. Chwyciłam jego ręcznik w garść. Paweł nie przestawał całować. Doszedł do płatka ucha.
- Oj!
- Zabolało? - Zapytał Paweł
- Oj nie. Ale chyba musimy sprawdzić czy nie ma nas w twojej sypialni. - W jego, bo on ma większe łóżko. Paweł chwycił mnie za całowaną rękę.
- Chodź. - Pociągnął mnie za sobą. Jego ręcznik został i w ręku.
- Ufffff. Co za widok... - Jakiż on miał piękny tyłek. W ogóle wyglądał jak młody bóg. W ubraniu tak to się nie rzucało w oczy. Weszliśmy. Paweł usiadł na łóżku i oparł się na łokciu. Pociągnął mnie na siebie. Siadłam na nim okrakiem. Wziął moją głowę w obie ręce i wreszcie mogłam poczuć jego usta. Ciepłe, wilgotne. Wysunął z nich swój język i wsadził mi go głęboko. Jego dotyk i smak to było niebo w gębie. Oddałam mu swój. Ręce Pawła mogły powędrować pod moją bluzkę. Nie wiem kiedy ale moje szorty zostały rozpięte, Poczułam na pośladkach Pawła ręce. Zsunął spodnie z mojej pupy. Bluzkę podciągnął do góry. Jako, że w domu nie nosiłam stanika, moje piersi znalazły się na wysokości Pawła ust. Sutki sterczące. Poczułam język Pawła na prawym z nich. Potrafił nim ruszać. Przeszył mnie dreszcz. Jak ja go chciałam! Paweł się podniósł i ułożył mnie pod sobą. Ściągnął do końca moje szorty. Klęknął między moimi udami. Rozchylił je. Całował to jedno udo, to drugie. Złożył mocny pocałunek na moim wzgórku. Nie kontrolowałam mojego oddechu, który był co raz bardziej urywany. Moje podbrzusze falowało w rytm jego dotyku. Nasze usta ponownie się spotkały. Poczułam jego męskość. Napalony był na maxa. Ale dobrze, że poszliśmy w tę grę wstępną. Poczułam ręce Pawła pod swoją pupą. Przytrzymał mnie za biodra i wtargnął swoją męskością wprost w moje ciepłe, chętne, wilgotne na maxa wnętrze.
- Ach!..........- Mój jęk wypełnił całą sypialnię. Mówił wszystko. Brakowało mi tego. Muszę się do tego szczerze przyznać. Ale tak dobrze, jak mi pasował kutas Pawła w cipce, to jeszcze nigdy nikt. To Paweł narzucił rytm posuwania. Kondycje miał niezmordowaną. Czułam, że wypełniał moją cipkę dokładnie i całą. Moja rozkosz szła w górę i w górę. Do szczytu, który by niebawem. Było mi tak dobrze, że nie potrafiłam myśleć, nie potrafiłam oddychać, nie potrafiłam się kontrolować. Ta jego męskość we mnie, nade mną. Dotykanie jego twardego ciała była drugą rozkoszą. I jego, i mój oddech był urywany. Co chwila się całowaliśmy, dotykaliśmy językami. Rytm był miarowy. W pewnym momencie Paweł przytrzymał moje biodra, pchnął kutasem kilka razy mocniej. Jęknęłam. Tak mocnego orgazmu i tak niespodziewanego nie miałam jeszcze nigdy! Sama poczułam falę przelewającą się przez moje wnętrze. Zaciskało się miarowo. Jeszcze kilka posunięć i poczułam jak zalewa mnie fala jego spermy. Uwielbiam ten stan. Dlatego nie lubię się kochać w prezerwatywach. Uwielbiam być zalewana spermą. Czuję się spełniona. Orgazm był tak mocny, że nie docierały do mnie żadne dźwięki. Opadłam bez sił na poduszki. Próbowałam złapać równy oddech. Paweł złożył ostatni pocałunek na moich ustach. Delikatnie wysunął się z mojego wnętrza. Opadł na poduszki obok mnie.
- Jesu jak bosko. - Dotarły do mnie jego słowa. - Jakaś ty namiętna. Twoja cipka wyssała z mojego kutasa cała spermę. Kurde przepraszam ale zapomniałem się zabezpieczyć. Nie pomyślałem o gumce, taką miałem na ciebie ochotę.
- Dobra, spoko. Mam wkładkę. - Powinnam ją wymienić ale mam na to jeszcze chyba pół roku czasu, pomyślałam. Zasnęłam. Byłam wyczerpana na maxa ale szczęśliwa i zadowolona. Tego mi brakowało. Tej nocy kochaliśmy się jeszcze dwa razy. I poszło to lawinowo...
Blog o miłości namiętność seksie kochaniu przyciąganiu pożądaniu pragnieniu bliskości.
poniedziałek, 19 sierpnia 2019
sobota, 17 sierpnia 2019
Wojna damsko - męska. 4.
Wróciłyśmy jako bohaterki. Melisa dotrzymała słowa. Przeniosła mnie z pilota działań wojennych na pilotowanie statków transportujących pacjentów szpitalnych.
- Aga jutro lecisz do Szałszy. - Moja dowódczyni przekazywała mi polecenia dotyczące jutrzejszego lotu.
- A z kim? - Chciałam dopytać ale właściwie było to bez różnicy, Prawie.
- Lecicie razem z ........ - Bożenna nie pamiętała. Sprawdziła. - Lecisz z Marzeną.
- Kur.... - Zaklęłam cicho. Nie lubiłam latać z Marzeną. Zawsze podczas wspólnych naszych wypraw coś się działo nieprzewidywanego.
- No co? Nie mam dzisiaj innego nawigatora. - Bożenna nie widziała w tym coś niczego złego.
- No wiem. Mało ich tak jak pilotów. Tylko ona jest mało doświadczona. - Nie chciałam gadać jak jest naprawdę, żeby nie robić młodej koło dupy, ale Marzena miała swoją robotę głęboko gdzieś i nie dokładała się do tego. - Mam nadzieję, że jakoś damy radę.
Spakowałam wszystkich do pojazdu. Dziewczyn było 6, w wieku od 7 lat do 14. Do tego Marzena i ja. Nasz pojazd był z lekka przeładowany. Jak zwykle.
- Marzena masz aktualne mapy? - Zapytałam mojego nawigatora raczej retorycznie. I tak nie miałam na to wpływu. Generał Armii Kobiet Ziemi swojego czasu wymyśliła, że trzeba rozdzielić obowiązki i od teraz to nie pilot jest odpowiedzialny za trasę i mapy, tylko nawigator. Durne to było ale rozkaz to rozkaz.
- Aktualne nie martw się. - Zbyła mnie Marzena.
- To dobrze. Wgraj. Lecimy. Dziewczynki! - Zakrzyknęłam do moich pasażerek. - Na miejsca, zapiąć pasy. Startujemy!
Ruszyłyśmy. Przez prawie całą podróż było w miarę nudno. Dziewczynki były grzeczne. Leciały ze szpitala do sanatorium. Nagle!
- Co to było? - Zapytałam Marzeny.
- Nie wiem, a co? - Marzena ziewnęła.
- Komputer co to było? - Olałam ją. Wolałam w tym momencie zaufać aparaturze niż jej. Dźwięk mnie zaniepokoił. Usłyszałam ten śmieszny dźwięk komputera ojego pojazdu.
- To był wystrzał. - Beznamiętnie oznajmił robot.
- Jaki wystrzał? Doprecyzuj. - Jesu krew mi się zagotowała. Czyżby mnie mój słuch nie mylił i to dźwięk o którym myślę!?
- Wystrzał działa przeciwlotniczego. - Oznajmił jakby nigdy nic.
- Komputer. Podaj mi na ekran naszą trasę i przebieg frontu, nakładając na siebie. Obraz który zobaczyłam dla odmiany zmroził mnie!
- Marzena! Kiedy wgrywałaś trasy? O której?
- No jak to kiedy? Jakiś miesiąc temu.... - Ziewnęła. Ja ja chyba zatłukę!
- Miesiąc?! Miesiąc?!!! Czyś ty zwariowała?! Patrz!!! - Obróciłam ekran z trasami w jej kierunku. Nasza trasa lotu prawie dokładnie pokrywała się z linią frontu.
- Ale co to znaczy?
- To znaczy, że przez twoją niekompetencję lecimy prosto w paszczę wroga rozumiesz?! - Miałam ochotę naprawdę ją udusić.
- Dziewczynki. - Zawołałam głośniej. - Proszę do swoich kabin. Będzie trochę trzęsło. - Zawołałam do pasażerów. Wolałam ich zabezpieczyć na wszelki wypadek. Odgłosy wystrzałów było słychać co raz bardziej wyraźnie. - Marzena ty idź do kabiny razem z Lidzią. Ona jest najmniejsza, zmieścicie się razem.
- Ale... No co ty. Pomogę ci. - Chyba do niej dotarło co zrobiła i w jakiej ciemnej dupie jesteśmy.
- Nie. Dam sobie radę. Idź. - Poszła. - Komputer włącz hibernację kabin jak już wszyscy się położą. - Wiedziałam, że w razie wypadku nic im się nie stanie. Przynajmniej im....
- Wieża. Jesteśmy statkiem szpitalnym. Proszę wstrzymajcie ostrzał. - Miałam cichą nadzieję, że ktoś usłyszy, uwierzy i uda nam się przelecieć bezpiecznie.
- Tu wieża. Powtórz. - Kurde no.
- Wieża mam na pokładzie dziewczynki w wieku od 7 lat do 14. Transportuję je do sanatorium. Prosimy zaprzestać działań.
- Tu wieża. Sprawdzimy. - Służbiści. A czas leci...
- Pospieszcie się! - Jesu przecież nie zmienię trasy, bo pomyślą, że uciekam i wtedy zestrzelą mnie na bank.
- Tu wieża. Prośba zgłoszona. Musisz się zastosować do naszych poleceń.
- Oczywiście. Jakie to polecenia.
- Nie zmieniaj trasy, którą zgłosiłaś. Za pieć minut masz lądowisko. Musisz na nim wylądować i się poddać.
- Oczywiście. Za pięć minut ląduję i oddaję się w wasze ręce. Tylko proszę nie robić krzywdy moim pasażerom. Błagam.
- Pasażerów sprawdzi nasz lekarz. Pójdą do szpitala na kontrolę. Ty tylko grzecznie wyląduj a ręce zostaw na pulpicie jak wejdą na pokład nasi ludzie.
- Dobrze. Widzę pas startowy lądowiska. Schodzę do lądowania.
Nagle!
- Wieża co to? - Zmartwiałam.
- Dostałaś odłamkiem w lewy silnik. Zapalił się.
Tyle to ja też wiedziałam. Niespodziewanym przypadkiem dostałam odłamkiem w lewy silnik. Zapalił się a systemy alarmowe go ugasiły. Wtem poczułam wstrząs. Alarm zaczął wyć i wiedziałam, że jestem rzeczywiście w czarnej dupie! Silnik odleciał razem z lewym skrzydłem. Ja pierdolę!
- Komputer wyłącz alarm i autopilota!
- Tu komputer. Wyłączyć alarm i autopilota. Potwierdź.
- Potwierdzam! Wyłącz. - Wyłączył. - Ulga na sekundę, bo przestało mi wyć nad głową. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Zaczęłam lecieć intuicyjnie. Pełna moc pozostałym silnikiem i hamowanie. Klapy opuszczone. Zmiana pułapu. Jak mój pojazd rozwali się jak najniżej nad ziemią, to moi pasażerowie będą mieli większe szanse wyjść z tego bez szwanku. Max i hamowanie. Dosłownie sekundy dzieliły mnie od rozwalenia się.... Jak byłam dosłownie parę metrów nad ziemią...
- Komputer włącz autopilota. - Miałam nadzieję, że autopilot włączy w odpowiednim czasie systemy awaryjne, poduszki do lądowania, zacznie schładzać pojazd, żeby jakoś wylądować. Alarm nad głową zaczął wyć ze zdwojoną siłą...Prędkość była ok. Jakimś cudem leciałam prawie w środek startowego... Poczułam uderzenie.Odruchowo zamknęłam oczy..........
Ocknęłam się, jak dotarły do mnie głosy ludzkie. Weszli na pokład. Przypomniało mi się, że ręce mam mieć na pulpicie. Czekałam.
-Żyjesz? Wszystko ok? - Ich dowódca podszedł do mnie.
- Tak.Ok. Co z moimi pasażerami?
- Wydaje się, że wszystko w porządku.
- Komputer jak kabiny pasażerów? Wszystko całe? - Musiałam się upewnić.
- Tu komputer. Wszystko jest w porządku. Pasażerowie zahibernowani. - Ulżyło mi. Jakimś cudem udało nam się wylądować.
- Komputer obudź wszystkich.
-Ty jesteś pilotem tak? Wstań. - Przywódca chciał nas wreszcie stąd zabrać. - Muszę cię zakuć czy pójdziesz spokojnie?
- Pójdę spokojnie. - Chciałam wreszcie dotknąć nogami ziemi.Przywódca spojrzał mi w oczy. - Gratuluję lądowania. Podziwiam umiejętności. Nie będę cię zakuwał.
- Dziękuję. Zadbajcie tylko o moje pasażerki. To dzieci ze szpitala.
- Nie martw się. Teraz zaprowadzę cię do mojego przełożonego.
Z dziewczynkami było wszystko ok. Za to ja miałam mieć przerąbane, jak się później okazało.
- Siadaj. Sprawdzimy ktoś ty. - Ten ktoś, do kogo mnie zaprowadzono, nie był zbytnio miły. - Daj tu rękę. Musimy cie przeskanować.
Włożyłam rękę w maszynę. Ciekawe co im tam wyjdzie.
- No! A cóż my tu mamy! Nasza uciekinierka! - Oj zapomniałam, że oni mogą to mieć przecież w bazie. Tę naszą ucieczkę z niewoli z Melisą. Kurde. Przesłuchujący mnie wybrał kilka ze swoich kontaktów.
- Chłopaki. Mam tu ciekawy okaz. Zabawimy się. - Zmroził mnie jego głos. - Czekam na was pięć minut.
Po około pięciu minutach zjawiło się pięciu facetów. Jeden przystojniejszy od drugiego.
- Chłopaki mamy tu ciekawy okaz. Widzieliście to lądowanie. A okazało się, że to nasza sławna uciekinierka. Ty Paweł coś możesz o tym powiedzieć. - Rozrechotał się. Spojrzałam za jego wzrokiem i zamarłam. Poznałam tego faceta. To był ten, który wtedy, jak uciekałam z Melisą, chciał nas zatrzymać. Ten, który wymierzył swoją broń we mnie, i którego zrzuciłam z dziobu pojazdu, który im ukradłam. Fuck!
- Należy się jej kolonia karna. Ja jednak mam pomysł. Zabawimy się! Który z was da więcej kasy, to może zadecydować o jej losie. Może wziąć ją jako gosposię, może wysłąć do koloni karnej. Proszę, kto da więcej! Licytujemy.
Farsa jak boga kocham! Zaczęli się przegadywać. Ten da 50, tamten 100 tej ich waluty. Próbowałam przeliczyć ile to jest na nasze. Kurde. Dużo. Cena doszła do 1000. Wtem ten Paweł spojrzał się na mnie a potem gada do tego gnoja. - Dobra kończmy to. Daję 2000 i mam głos decydujący. Finał.
Wkurzyłam się. Licytują jak kiedyś niewolnika na targu. I co?! Ktoś ma decydować o moim losie?! Niedoczekanie! Nie chciałam naruszać swoich pieniędzy, żeby rodzina nie wiedziała gdzie jestem ale teraz sytuacja była poważna. Nie pozwolę sobie na to!
- Ja sama dam 2000. Nie chcę być na czyjejś łasce! - Ten Paweł zmroził mnie wzrokiem. Dowódca się uśmiechnął.
- Tak? Ciekawe. Co ty Paweł na to? - Zapytał z przekąsem.
- No chyba jej nie wierzysz, że ona tyle ma. Potwierdzam swoją propozycję. 2000.
- Widzę, że ci zależy. Dasz 4000 i kończymy. - Przeraziłam się. To była naprawdę ogromna kwota. Co on chce, żebym jak robiła za taką sumę!? Pierdolę!
- Dam ale kończmy te farsę. Spieszę się! - Reszta facetów machnęła rękoma i zaczęli odchodzić. Zmartwiłam się na maxa. Muszę coś wymyślić, żeby się z tego wymiśkować. Obaj faceci porobili coś na tablecie, podejrzewam, że forsa została przelana z konta na konto. Co teraz?...
- Pakuj się, idziemy. - Ten Paweł do mnie. - Muszę cię zakuć czy pójdziesz spokojnie.
- Pójdę spokojnie. - Nie miałam już siły, żeby się rzucać. Wymyślę coś potem, jak Scarlet O`Hara. Intensywny był ten dzień dzisiejszy w emocje.
- To dobrze, bo za ten wyczyn należy ci się medal a nie kajdanki. Nie chciałbym ci tego robić...
Poszliśmy.
A o tym czy z ciachem Pawłem było cokolwiek, czy ktoś kogoś wykorzystał i dlaczego zapłacił on za mnie taką! kasę i co ode mnie za to w zamian chciał, to w następnych odcinkach....
- Aga jutro lecisz do Szałszy. - Moja dowódczyni przekazywała mi polecenia dotyczące jutrzejszego lotu.
- A z kim? - Chciałam dopytać ale właściwie było to bez różnicy, Prawie.
- Lecicie razem z ........ - Bożenna nie pamiętała. Sprawdziła. - Lecisz z Marzeną.
- Kur.... - Zaklęłam cicho. Nie lubiłam latać z Marzeną. Zawsze podczas wspólnych naszych wypraw coś się działo nieprzewidywanego.
- No co? Nie mam dzisiaj innego nawigatora. - Bożenna nie widziała w tym coś niczego złego.
- No wiem. Mało ich tak jak pilotów. Tylko ona jest mało doświadczona. - Nie chciałam gadać jak jest naprawdę, żeby nie robić młodej koło dupy, ale Marzena miała swoją robotę głęboko gdzieś i nie dokładała się do tego. - Mam nadzieję, że jakoś damy radę.
Spakowałam wszystkich do pojazdu. Dziewczyn było 6, w wieku od 7 lat do 14. Do tego Marzena i ja. Nasz pojazd był z lekka przeładowany. Jak zwykle.
- Marzena masz aktualne mapy? - Zapytałam mojego nawigatora raczej retorycznie. I tak nie miałam na to wpływu. Generał Armii Kobiet Ziemi swojego czasu wymyśliła, że trzeba rozdzielić obowiązki i od teraz to nie pilot jest odpowiedzialny za trasę i mapy, tylko nawigator. Durne to było ale rozkaz to rozkaz.
- Aktualne nie martw się. - Zbyła mnie Marzena.
- To dobrze. Wgraj. Lecimy. Dziewczynki! - Zakrzyknęłam do moich pasażerek. - Na miejsca, zapiąć pasy. Startujemy!
Ruszyłyśmy. Przez prawie całą podróż było w miarę nudno. Dziewczynki były grzeczne. Leciały ze szpitala do sanatorium. Nagle!
- Co to było? - Zapytałam Marzeny.
- Nie wiem, a co? - Marzena ziewnęła.
- Komputer co to było? - Olałam ją. Wolałam w tym momencie zaufać aparaturze niż jej. Dźwięk mnie zaniepokoił. Usłyszałam ten śmieszny dźwięk komputera ojego pojazdu.
- To był wystrzał. - Beznamiętnie oznajmił robot.
- Jaki wystrzał? Doprecyzuj. - Jesu krew mi się zagotowała. Czyżby mnie mój słuch nie mylił i to dźwięk o którym myślę!?
- Wystrzał działa przeciwlotniczego. - Oznajmił jakby nigdy nic.
- Komputer. Podaj mi na ekran naszą trasę i przebieg frontu, nakładając na siebie. Obraz który zobaczyłam dla odmiany zmroził mnie!
- Marzena! Kiedy wgrywałaś trasy? O której?
- No jak to kiedy? Jakiś miesiąc temu.... - Ziewnęła. Ja ja chyba zatłukę!
- Miesiąc?! Miesiąc?!!! Czyś ty zwariowała?! Patrz!!! - Obróciłam ekran z trasami w jej kierunku. Nasza trasa lotu prawie dokładnie pokrywała się z linią frontu.
- Ale co to znaczy?
- To znaczy, że przez twoją niekompetencję lecimy prosto w paszczę wroga rozumiesz?! - Miałam ochotę naprawdę ją udusić.
- Dziewczynki. - Zawołałam głośniej. - Proszę do swoich kabin. Będzie trochę trzęsło. - Zawołałam do pasażerów. Wolałam ich zabezpieczyć na wszelki wypadek. Odgłosy wystrzałów było słychać co raz bardziej wyraźnie. - Marzena ty idź do kabiny razem z Lidzią. Ona jest najmniejsza, zmieścicie się razem.
- Ale... No co ty. Pomogę ci. - Chyba do niej dotarło co zrobiła i w jakiej ciemnej dupie jesteśmy.
- Nie. Dam sobie radę. Idź. - Poszła. - Komputer włącz hibernację kabin jak już wszyscy się położą. - Wiedziałam, że w razie wypadku nic im się nie stanie. Przynajmniej im....
- Wieża. Jesteśmy statkiem szpitalnym. Proszę wstrzymajcie ostrzał. - Miałam cichą nadzieję, że ktoś usłyszy, uwierzy i uda nam się przelecieć bezpiecznie.
- Tu wieża. Powtórz. - Kurde no.
- Wieża mam na pokładzie dziewczynki w wieku od 7 lat do 14. Transportuję je do sanatorium. Prosimy zaprzestać działań.
- Tu wieża. Sprawdzimy. - Służbiści. A czas leci...
- Pospieszcie się! - Jesu przecież nie zmienię trasy, bo pomyślą, że uciekam i wtedy zestrzelą mnie na bank.
- Tu wieża. Prośba zgłoszona. Musisz się zastosować do naszych poleceń.
- Oczywiście. Jakie to polecenia.
- Nie zmieniaj trasy, którą zgłosiłaś. Za pieć minut masz lądowisko. Musisz na nim wylądować i się poddać.
- Oczywiście. Za pięć minut ląduję i oddaję się w wasze ręce. Tylko proszę nie robić krzywdy moim pasażerom. Błagam.
- Pasażerów sprawdzi nasz lekarz. Pójdą do szpitala na kontrolę. Ty tylko grzecznie wyląduj a ręce zostaw na pulpicie jak wejdą na pokład nasi ludzie.
- Dobrze. Widzę pas startowy lądowiska. Schodzę do lądowania.
Nagle!
- Wieża co to? - Zmartwiałam.
- Dostałaś odłamkiem w lewy silnik. Zapalił się.
Tyle to ja też wiedziałam. Niespodziewanym przypadkiem dostałam odłamkiem w lewy silnik. Zapalił się a systemy alarmowe go ugasiły. Wtem poczułam wstrząs. Alarm zaczął wyć i wiedziałam, że jestem rzeczywiście w czarnej dupie! Silnik odleciał razem z lewym skrzydłem. Ja pierdolę!
- Komputer wyłącz alarm i autopilota!
- Tu komputer. Wyłączyć alarm i autopilota. Potwierdź.
- Potwierdzam! Wyłącz. - Wyłączył. - Ulga na sekundę, bo przestało mi wyć nad głową. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Zaczęłam lecieć intuicyjnie. Pełna moc pozostałym silnikiem i hamowanie. Klapy opuszczone. Zmiana pułapu. Jak mój pojazd rozwali się jak najniżej nad ziemią, to moi pasażerowie będą mieli większe szanse wyjść z tego bez szwanku. Max i hamowanie. Dosłownie sekundy dzieliły mnie od rozwalenia się.... Jak byłam dosłownie parę metrów nad ziemią...
- Komputer włącz autopilota. - Miałam nadzieję, że autopilot włączy w odpowiednim czasie systemy awaryjne, poduszki do lądowania, zacznie schładzać pojazd, żeby jakoś wylądować. Alarm nad głową zaczął wyć ze zdwojoną siłą...Prędkość była ok. Jakimś cudem leciałam prawie w środek startowego... Poczułam uderzenie.Odruchowo zamknęłam oczy..........
Ocknęłam się, jak dotarły do mnie głosy ludzkie. Weszli na pokład. Przypomniało mi się, że ręce mam mieć na pulpicie. Czekałam.
-Żyjesz? Wszystko ok? - Ich dowódca podszedł do mnie.
- Tak.Ok. Co z moimi pasażerami?
- Wydaje się, że wszystko w porządku.
- Komputer jak kabiny pasażerów? Wszystko całe? - Musiałam się upewnić.
- Tu komputer. Wszystko jest w porządku. Pasażerowie zahibernowani. - Ulżyło mi. Jakimś cudem udało nam się wylądować.
- Komputer obudź wszystkich.
-Ty jesteś pilotem tak? Wstań. - Przywódca chciał nas wreszcie stąd zabrać. - Muszę cię zakuć czy pójdziesz spokojnie?
- Pójdę spokojnie. - Chciałam wreszcie dotknąć nogami ziemi.Przywódca spojrzał mi w oczy. - Gratuluję lądowania. Podziwiam umiejętności. Nie będę cię zakuwał.
- Dziękuję. Zadbajcie tylko o moje pasażerki. To dzieci ze szpitala.
- Nie martw się. Teraz zaprowadzę cię do mojego przełożonego.
Z dziewczynkami było wszystko ok. Za to ja miałam mieć przerąbane, jak się później okazało.
- Siadaj. Sprawdzimy ktoś ty. - Ten ktoś, do kogo mnie zaprowadzono, nie był zbytnio miły. - Daj tu rękę. Musimy cie przeskanować.
Włożyłam rękę w maszynę. Ciekawe co im tam wyjdzie.
- No! A cóż my tu mamy! Nasza uciekinierka! - Oj zapomniałam, że oni mogą to mieć przecież w bazie. Tę naszą ucieczkę z niewoli z Melisą. Kurde. Przesłuchujący mnie wybrał kilka ze swoich kontaktów.
- Chłopaki. Mam tu ciekawy okaz. Zabawimy się. - Zmroził mnie jego głos. - Czekam na was pięć minut.
Po około pięciu minutach zjawiło się pięciu facetów. Jeden przystojniejszy od drugiego.
- Chłopaki mamy tu ciekawy okaz. Widzieliście to lądowanie. A okazało się, że to nasza sławna uciekinierka. Ty Paweł coś możesz o tym powiedzieć. - Rozrechotał się. Spojrzałam za jego wzrokiem i zamarłam. Poznałam tego faceta. To był ten, który wtedy, jak uciekałam z Melisą, chciał nas zatrzymać. Ten, który wymierzył swoją broń we mnie, i którego zrzuciłam z dziobu pojazdu, który im ukradłam. Fuck!
- Należy się jej kolonia karna. Ja jednak mam pomysł. Zabawimy się! Który z was da więcej kasy, to może zadecydować o jej losie. Może wziąć ją jako gosposię, może wysłąć do koloni karnej. Proszę, kto da więcej! Licytujemy.
Farsa jak boga kocham! Zaczęli się przegadywać. Ten da 50, tamten 100 tej ich waluty. Próbowałam przeliczyć ile to jest na nasze. Kurde. Dużo. Cena doszła do 1000. Wtem ten Paweł spojrzał się na mnie a potem gada do tego gnoja. - Dobra kończmy to. Daję 2000 i mam głos decydujący. Finał.
Wkurzyłam się. Licytują jak kiedyś niewolnika na targu. I co?! Ktoś ma decydować o moim losie?! Niedoczekanie! Nie chciałam naruszać swoich pieniędzy, żeby rodzina nie wiedziała gdzie jestem ale teraz sytuacja była poważna. Nie pozwolę sobie na to!
- Ja sama dam 2000. Nie chcę być na czyjejś łasce! - Ten Paweł zmroził mnie wzrokiem. Dowódca się uśmiechnął.
- Tak? Ciekawe. Co ty Paweł na to? - Zapytał z przekąsem.
- No chyba jej nie wierzysz, że ona tyle ma. Potwierdzam swoją propozycję. 2000.
- Widzę, że ci zależy. Dasz 4000 i kończymy. - Przeraziłam się. To była naprawdę ogromna kwota. Co on chce, żebym jak robiła za taką sumę!? Pierdolę!
- Dam ale kończmy te farsę. Spieszę się! - Reszta facetów machnęła rękoma i zaczęli odchodzić. Zmartwiłam się na maxa. Muszę coś wymyślić, żeby się z tego wymiśkować. Obaj faceci porobili coś na tablecie, podejrzewam, że forsa została przelana z konta na konto. Co teraz?...
- Pakuj się, idziemy. - Ten Paweł do mnie. - Muszę cię zakuć czy pójdziesz spokojnie.
- Pójdę spokojnie. - Nie miałam już siły, żeby się rzucać. Wymyślę coś potem, jak Scarlet O`Hara. Intensywny był ten dzień dzisiejszy w emocje.
- To dobrze, bo za ten wyczyn należy ci się medal a nie kajdanki. Nie chciałbym ci tego robić...
Poszliśmy.
A o tym czy z ciachem Pawłem było cokolwiek, czy ktoś kogoś wykorzystał i dlaczego zapłacił on za mnie taką! kasę i co ode mnie za to w zamian chciał, to w następnych odcinkach....
Wojna damsko - męska. 3.
No i tak znalazłyśmy się z Melisą w niewoli u facetów. Nie była to jeszcze kolonia karna na szczęście. Nie było nam źle. Karmili nas, wypuszczali na powietrze, spało się spokojnie. Tylko ten bezruch mnie dobijał. No i jeszcze nigdy tak długo nie miałam abstynencji od seksu pomimo, że facetów było od groma! Nudziło się nam. A było nas tam sześć dziewcząt. Każda z nas była aresztowana przez facetów z innego powodu. No i żadnej z nas nie chcieli wypuścić. Melisa wróciła z rozmów.
- No i? - Byłam ciekawa jak poszło i czy faktycznie zależało facetom na wymianie Melisy na jednego z nich.
- No i stanęło na tym, że dziewczyny nie chcą wypuścić tego ich niby generała. Chcą, żeby wypuścili nas obie. Przecież u nas jest ciągły brak pilotów.
- No fakt. Ale czy wypuszczenie tego ich generała jest warte nas obu? Jesu jak mnie dobija to bezczynne siedzenie. Dziewczyny! Zróbmy coś!
- Ale co? - Moje współtowarzyszki były tu już chyba za długo i wpadły w marazm.
- No nie wiem co. Ale coś trzeba zrobić! - Starałam się je jakoś zachęcić, zaangażować. No przecież trzeba było chociaż spróbować coś zrobić...
Zapadła cisza... Chyba trafiłam do nich bo wydawało się, że zaczęły kombinować.
- Bo ja zauważyłam, że tam stoi jakiś pojazd, ja się nie znam, wydaje się, że nikt go nie pilnuje. - Odezwała się po chwili Karolina. To była jakaś myśl.
- To trzeba to sprawdzić. - Poderwała się do góry. Nawet gdyby nie wyszło, to to lepsze, niż siedzieć i gnuśnieć.
Poszłam z Karoliną sprawdzić co ona zauważyła. Nie brałyśmy nikogo więcej z sobą, żeby nikt nie zauważył, że coś się dzieje. Fakt, raczej byłyśmy lekceważone i dosyć mało pilnowane. To był dla nas plus. Doszłyśmy na sam kraj pola startowego. Karolina miała rację - stał tam całkiem spory pojazd, który z cała pewnością mógł pomieścić nas wszystkie. Teraz tylko należało sprawdzić czy jest sprawny i czy można nim niepostrzeżenie odlecieć. Choć słowo niepostrzeżenie było tu raczej nie na miejscu. Chodziłam tam kilka razy. Sama. Nie chciałam, żeby ktoś się zorientował. Pojazd wydawał się w pełni sprawny. Postanowiłyśmy uciec. Teraz tylko należało wymyślić jak i kiedy. Ryzyk fizyk - raz kozie śmierć. To i tak było lepsze niż ten marazm i siedzenie. Nasze dowództwo jakoś nie mogło się nadal dogadać co do wymiany jeńców.
No i nadszedł ten dzień. Pojedynczo i niepostrzeżenie starałyśmy się przedostać do pojazdu. Ja wchodziłam jako ostatnia.
- Wszyscy na miejscach? - Zapytałam. - To zapiąć pasy. Nie przeciągajmy tego. Ruszamy do domu.
Podniosłam pojazd chyba z pół metra nad poziom. Usłyszałam i poczułam, że coś spadło nam na dziób. Ten model niestety był taki, że dziób był jakby płaski, mało opływowy. Dziewczyny jęknęły ze strachu. Spojrzałam przez przednią szybę.
- Kurwa mać. - Zaklęłam cicho. - Ja pierdolę. Teraz? - Wszyscy zamarli. Na dziobie stał facet. Z wymierzonym we mnie karabinem.
- Pojazd w dół. - Usłyszałam zza szyby. Wzrok tego faceta po prostu miał mnie zamrozić.
- Wszyscy zapięci? - Zapytałam szeptem. - Tak. - Usłyszałam potwierdzenie. - To uwaga. - Musiałam działać w miarę szybko. To była nasza jedyna szansa wyrwać się stąd i ja nie chciałam nas jej pozbawiać Trzeba było zaryzykować. Facet przeładował broń.
- Siadaj! Natychmiast! - Był stanowczy. Kalkulowałam czy faktycznie strzeli. Celownik czułam na swoim czole. Chciał, żebym wylądowała ponownie a ja wiedziałam, że jak będę dłużej czekać, to zlecą się jego kolesie i wtedy mamy przechlapane. Nie mogłam na to pozwolić. Zaryzykuję.... Wykonałam nagły przechył w prawo. Facet upadł na dziób. Broń wypadła mu z ręki. Przechyliłam pojazd jeszcze bardziej w prawo. Spadł!
- Komputer czy człowiek na ziemi jest w bezpiecznej odległości?
- Komputer. Potwierdzam. - Uf! Facet spadł ale tak, że nie było ryzyka, że podczas wylotu stanie mu się krzywda. Nie chciałam ryzykować czyimś zdrowiem i życiem, nawet wroga.
- Komputer pełna moc! - Ruszyłyśmy. Wreszcie. Nie powinni nas dogonić! Wracamy do domu... To znaczy na Ziemię.
Po fakcie dowiedziałam się, że facet przeżył, nic mu się nie stało, zdążył włączyć alarm i blokadę wrót. Natomiast nigdy się nie dowiedziałam dlaczego nikt nie zabezpieczył tego pojazdu, dlaczego wrota były otwarte. Zamknęły się dopiero potem, urywając nam śmigiełko z ogona ale na szczęście nie miało to żadnego wpływu na nasze bezpieczeństwo lotu. Wróciłyśmy do domu...
- No i? - Byłam ciekawa jak poszło i czy faktycznie zależało facetom na wymianie Melisy na jednego z nich.
- No i stanęło na tym, że dziewczyny nie chcą wypuścić tego ich niby generała. Chcą, żeby wypuścili nas obie. Przecież u nas jest ciągły brak pilotów.
- No fakt. Ale czy wypuszczenie tego ich generała jest warte nas obu? Jesu jak mnie dobija to bezczynne siedzenie. Dziewczyny! Zróbmy coś!
- Ale co? - Moje współtowarzyszki były tu już chyba za długo i wpadły w marazm.
- No nie wiem co. Ale coś trzeba zrobić! - Starałam się je jakoś zachęcić, zaangażować. No przecież trzeba było chociaż spróbować coś zrobić...
Zapadła cisza... Chyba trafiłam do nich bo wydawało się, że zaczęły kombinować.
- Bo ja zauważyłam, że tam stoi jakiś pojazd, ja się nie znam, wydaje się, że nikt go nie pilnuje. - Odezwała się po chwili Karolina. To była jakaś myśl.
- To trzeba to sprawdzić. - Poderwała się do góry. Nawet gdyby nie wyszło, to to lepsze, niż siedzieć i gnuśnieć.
Poszłam z Karoliną sprawdzić co ona zauważyła. Nie brałyśmy nikogo więcej z sobą, żeby nikt nie zauważył, że coś się dzieje. Fakt, raczej byłyśmy lekceważone i dosyć mało pilnowane. To był dla nas plus. Doszłyśmy na sam kraj pola startowego. Karolina miała rację - stał tam całkiem spory pojazd, który z cała pewnością mógł pomieścić nas wszystkie. Teraz tylko należało sprawdzić czy jest sprawny i czy można nim niepostrzeżenie odlecieć. Choć słowo niepostrzeżenie było tu raczej nie na miejscu. Chodziłam tam kilka razy. Sama. Nie chciałam, żeby ktoś się zorientował. Pojazd wydawał się w pełni sprawny. Postanowiłyśmy uciec. Teraz tylko należało wymyślić jak i kiedy. Ryzyk fizyk - raz kozie śmierć. To i tak było lepsze niż ten marazm i siedzenie. Nasze dowództwo jakoś nie mogło się nadal dogadać co do wymiany jeńców.
No i nadszedł ten dzień. Pojedynczo i niepostrzeżenie starałyśmy się przedostać do pojazdu. Ja wchodziłam jako ostatnia.
- Wszyscy na miejscach? - Zapytałam. - To zapiąć pasy. Nie przeciągajmy tego. Ruszamy do domu.
Podniosłam pojazd chyba z pół metra nad poziom. Usłyszałam i poczułam, że coś spadło nam na dziób. Ten model niestety był taki, że dziób był jakby płaski, mało opływowy. Dziewczyny jęknęły ze strachu. Spojrzałam przez przednią szybę.
- Kurwa mać. - Zaklęłam cicho. - Ja pierdolę. Teraz? - Wszyscy zamarli. Na dziobie stał facet. Z wymierzonym we mnie karabinem.
- Pojazd w dół. - Usłyszałam zza szyby. Wzrok tego faceta po prostu miał mnie zamrozić.
- Wszyscy zapięci? - Zapytałam szeptem. - Tak. - Usłyszałam potwierdzenie. - To uwaga. - Musiałam działać w miarę szybko. To była nasza jedyna szansa wyrwać się stąd i ja nie chciałam nas jej pozbawiać Trzeba było zaryzykować. Facet przeładował broń.
- Siadaj! Natychmiast! - Był stanowczy. Kalkulowałam czy faktycznie strzeli. Celownik czułam na swoim czole. Chciał, żebym wylądowała ponownie a ja wiedziałam, że jak będę dłużej czekać, to zlecą się jego kolesie i wtedy mamy przechlapane. Nie mogłam na to pozwolić. Zaryzykuję.... Wykonałam nagły przechył w prawo. Facet upadł na dziób. Broń wypadła mu z ręki. Przechyliłam pojazd jeszcze bardziej w prawo. Spadł!
- Komputer czy człowiek na ziemi jest w bezpiecznej odległości?
- Komputer. Potwierdzam. - Uf! Facet spadł ale tak, że nie było ryzyka, że podczas wylotu stanie mu się krzywda. Nie chciałam ryzykować czyimś zdrowiem i życiem, nawet wroga.
- Komputer pełna moc! - Ruszyłyśmy. Wreszcie. Nie powinni nas dogonić! Wracamy do domu... To znaczy na Ziemię.
Po fakcie dowiedziałam się, że facet przeżył, nic mu się nie stało, zdążył włączyć alarm i blokadę wrót. Natomiast nigdy się nie dowiedziałam dlaczego nikt nie zabezpieczył tego pojazdu, dlaczego wrota były otwarte. Zamknęły się dopiero potem, urywając nam śmigiełko z ogona ale na szczęście nie miało to żadnego wpływu na nasze bezpieczeństwo lotu. Wróciłyśmy do domu...
poniedziałek, 3 czerwca 2019
Wojna damsko - męska. 2.
My, pilotki wojskowe (jak to brzmi!), byłyśmy elitą na tej wojnie. Tam rozgrywały się działania wojenne a my w czasie wolnym odwiedzałyśmy kantynę. Tradycyjne miejsce z jedzeniem i alkoholem. Gdy weszłam tam pierwszy raz, bardzo się zdziwiłam. To było miejsce, gdzie kobiety były obsługiwane przez facetów. Byli to jeńcy wojenni, którym bardzo pasowała ta niewola. Korzyść była obopólna. Wszyscy byliśmy młodzi. I my i oni. Z potrzebami. W pierwszej chwili nie chciałam z tego korzystać. Jakoś nie mieściło mi się to w głowie. Ale po czasie i moje potrzeby seksualne wzięły górę. Zauważyłam, że szczególnie jeden z kelnerów jakoś tak zwraca moją uwagę. Ich usługi były bezpłatne. Oni mieli dach nad głową, jedzenie i nie siedzieli w obozie jenieckim. Nikt ich do tego nie zmuszał. Raczej byli chętni. Mój pierwszy raz wyglądał tam następująco: Dotknęłam ręki kelnera, gdy przynosił nam drinki. Był to "sekretny" gest świadczący o tym, że chcemy iść z nim do pokoju na górze. Poszliśmy. Facet wiedział o co chodzi. Zdarzało mi się też, że nie miałam czasu na dłuższą zabawę i od progu informowałam go, że chcę tylko szybkiego numerku. Dostosowywali się bez większych problemów. Tamtego razu tuż za progiem facet zaczął mnie rozbierać. Miał delikatne, ciepłe ręce.Nie zauważyłam, jak sam się też rozebrał. Wziął mnie na ręce i zaniósł do łóżka. Na szczęście nie usiłował całować mnie w usta. Za to pocałunkami pokrył chyba całe moje ciało. Trzeba przyznać, wiedział co ma robić. Delikatnie ssał moje sutki. Sterczące na maksa. Jego ręce przesuwały się po moim całym ciele. Po karku, po włosach. Zaczął gładzić mnie po udach. Całować. Moje napięcie zaczęło sięgać zenitu. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo brakowało mi seksu. Poczułam na kroczu jego oddech. Delikatnie rozchylił płatki moich warg sromowych. Złożył tam pocałunek. Prawie odleciałam. Poczułam ssanie na łechtaczce. Jeżeli on nie przestanie, to zaraz dojdę! Mój oddech był urywany. Chwyciłam go za włosy, żeby oderwać go od mojej łechtaczki. W końcu przecież wolałabym spełnienia poprzez wsadzenie gorącego, twardego kutasa do cipki. Pomogło. Wyszedł spomiędzy moich ud. Chwila wytchnienia. Usyszałam rozdzieranie opakowania prezerwatywy. Wreszcie.
- Chcesz go już? - Jesu po co on pyta, pomyślałam.
- Tak! - Westchnęłam. - Już!
Facet nade mną. Jakie to zapomniane ale miłe uczucie. Facet przytrzymał moją pupę. Poczułam twarde coś na wejściu pochwy. Posunęłam biodra w tym kierunku. Facet zareagował prawidłowo. Ruszył w moim kierunku. Wszedł. Cały. Ach! Wreszcie. Jak mi tego brakowało... Jego ruchy były mocne. Szybkie. Wypełniał mnie całą. Poprzedzające stosunek rozbudzenie doprowadziło do tego, że doszłam w mgnieniu oka. Moim ciałem wstrząsały, że się tam wyrażę, bo to celne, spazmy rozkoszy. Oddech stał się urywany. Brakowało mi tchu. Orgazm nadszedł niespodziewanie i był ogromny! Nie wiedziałam, że jestem tego taka głodna! Super! Potem jeszcze nie raz korzystałam z usług tych facetów....
- Wieża możesz mi sprawdzić co za pojazd leci za mną. Lot 4056. - Od dłuższej chwili leciał za nami jakiś pojazd. Może był to przypadek ale ja, mając na myśli bezpieczeństwo mojego pasażera, wolałam być ostrożna.
- 4056! Nie mogę zweryfikować danych pojazdu za wami. Nie wysyła on żadnych sygnałów rozpoznawczych.
- Wieża wiesz kogo i dokąd wiozę. Obawiam się, że to może być pułapka. Jestem na otwartej przestrzeni i nie mam gdzie mu uciec.
- 4056 postaram się wysłać wywiadowcę. Dam znać.
Wiozłam jedną z naszych przywódczyń. Leciała na spotkanie z władzami wroga, żeby rozmawiać o ewentualnym zakończeniu wojny. Gdyby ktoś o tym wiedział, mógłby chcieć przeszkodzić w spotkaniu. Nie wiedziałam co mogę zrobić.
- 4056 pojazd nie posiada znaków identyfikacyjnych.
Kurde to chyba mam rację. Ewidentnie ktoś ma nas na celu. Co robić...
- Melisa obudź się. - Zawołałam do mojego pasażera.
- Aga jesteś najlepszym z pilotów. Jak ty kierujesz, to można spokojnie się wyspać, tak delikatnie latasz. Jak wrócimy, to postaram się, żebyś zaczęła latać na trasach szpitalnych. Marnujesz się w transporcie.
- Melisa nie jest dobrze. Mamy niechciane towarzystwo. Szpiega na ogonie. Spróbujemy mu uciec. Muszę włączyć turbo.
- Aga co ty mówisz? Dlaczego ktoś miał by nas szpiegować?
- No może po to, żeby nie dopuścić do spotkania.
Chciałam włączyć turbo, gdy wtem pojawiły się jeszcze dwa pojazdy. Razem z tym z tyłu otoczyli nas i otworzyli działa.
- Poddajcie się. - Usłyszałam w głośnikach. Spojrzałam na Melisę.
- Kurwa nie jest dobrze. Melisa oni przylecieli po ciebie.
- Jesu aresztują nas? - Melisa była przerażona. Dobra z niej dziewczyna.
Nasze turbo się załadowało. Muszę spróbować uciec, pomyślałam. Przesunęłam dźwignię. W tamtych pojazdach działa zostały uzbrojone. Kalkulowałam czy rzeczywiście strzelą, czy zależy im na aresztowaniu Melisy i niedopuszczeniu do rozmów. Zrobiłam zwrot i z całą mocą poleciałam w dół. Ryzyk fizyk. Dłuższą chwilę udawało mi się im uciekać. Niestety się przeliczyłam. Jeden z nich jednak strzelił. Pocisk elektryczny. Unieruchomili nas. Niestety nasz pojazd był tylko pojazdem pasażerskim, bez żadnych osłon. Nie mogłyśmy nic zrobić. Tylko czekać... Wtedy sobie przypomniałam - przecież u nas w niewoli siedzi jeden z ich przywódców. Pewno chcą Melisę wymienić na niego...
- Chcesz go już? - Jesu po co on pyta, pomyślałam.
- Tak! - Westchnęłam. - Już!
Facet nade mną. Jakie to zapomniane ale miłe uczucie. Facet przytrzymał moją pupę. Poczułam twarde coś na wejściu pochwy. Posunęłam biodra w tym kierunku. Facet zareagował prawidłowo. Ruszył w moim kierunku. Wszedł. Cały. Ach! Wreszcie. Jak mi tego brakowało... Jego ruchy były mocne. Szybkie. Wypełniał mnie całą. Poprzedzające stosunek rozbudzenie doprowadziło do tego, że doszłam w mgnieniu oka. Moim ciałem wstrząsały, że się tam wyrażę, bo to celne, spazmy rozkoszy. Oddech stał się urywany. Brakowało mi tchu. Orgazm nadszedł niespodziewanie i był ogromny! Nie wiedziałam, że jestem tego taka głodna! Super! Potem jeszcze nie raz korzystałam z usług tych facetów....
- Wieża możesz mi sprawdzić co za pojazd leci za mną. Lot 4056. - Od dłuższej chwili leciał za nami jakiś pojazd. Może był to przypadek ale ja, mając na myśli bezpieczeństwo mojego pasażera, wolałam być ostrożna.
- 4056! Nie mogę zweryfikować danych pojazdu za wami. Nie wysyła on żadnych sygnałów rozpoznawczych.
- Wieża wiesz kogo i dokąd wiozę. Obawiam się, że to może być pułapka. Jestem na otwartej przestrzeni i nie mam gdzie mu uciec.
- 4056 postaram się wysłać wywiadowcę. Dam znać.
Wiozłam jedną z naszych przywódczyń. Leciała na spotkanie z władzami wroga, żeby rozmawiać o ewentualnym zakończeniu wojny. Gdyby ktoś o tym wiedział, mógłby chcieć przeszkodzić w spotkaniu. Nie wiedziałam co mogę zrobić.
- 4056 pojazd nie posiada znaków identyfikacyjnych.
Kurde to chyba mam rację. Ewidentnie ktoś ma nas na celu. Co robić...
- Melisa obudź się. - Zawołałam do mojego pasażera.
- Aga jesteś najlepszym z pilotów. Jak ty kierujesz, to można spokojnie się wyspać, tak delikatnie latasz. Jak wrócimy, to postaram się, żebyś zaczęła latać na trasach szpitalnych. Marnujesz się w transporcie.
- Melisa nie jest dobrze. Mamy niechciane towarzystwo. Szpiega na ogonie. Spróbujemy mu uciec. Muszę włączyć turbo.
- Aga co ty mówisz? Dlaczego ktoś miał by nas szpiegować?
- No może po to, żeby nie dopuścić do spotkania.
Chciałam włączyć turbo, gdy wtem pojawiły się jeszcze dwa pojazdy. Razem z tym z tyłu otoczyli nas i otworzyli działa.
- Poddajcie się. - Usłyszałam w głośnikach. Spojrzałam na Melisę.
- Kurwa nie jest dobrze. Melisa oni przylecieli po ciebie.
- Jesu aresztują nas? - Melisa była przerażona. Dobra z niej dziewczyna.
Nasze turbo się załadowało. Muszę spróbować uciec, pomyślałam. Przesunęłam dźwignię. W tamtych pojazdach działa zostały uzbrojone. Kalkulowałam czy rzeczywiście strzelą, czy zależy im na aresztowaniu Melisy i niedopuszczeniu do rozmów. Zrobiłam zwrot i z całą mocą poleciałam w dół. Ryzyk fizyk. Dłuższą chwilę udawało mi się im uciekać. Niestety się przeliczyłam. Jeden z nich jednak strzelił. Pocisk elektryczny. Unieruchomili nas. Niestety nasz pojazd był tylko pojazdem pasażerskim, bez żadnych osłon. Nie mogłyśmy nic zrobić. Tylko czekać... Wtedy sobie przypomniałam - przecież u nas w niewoli siedzi jeden z ich przywódców. Pewno chcą Melisę wymienić na niego...
niedziela, 2 czerwca 2019
Wojna damsko - męska. 1.
Zaliczyłam ostatni egzamin. Szczęśliwa wróciłam do domu. Podjechałam samochodem pod schody wejściowe. Wbiegłam do środka. Po schodach na górę. Kierowałam swoje kroki do pokoju mojego narzeczonego, żeby wreszcie go zobaczyć i pochwalić się. Chciałam mu zrobić niespodziankę. Otworzyłam cicho drzwi. Nie uwierzyłam w to co zobaczyłam! Zobaczyłam kobietę i kaskadę jej włosów spływającą po
plecach. Biodra unosiły się miarowo i opadały w dół. Na niego. Wiedziałam co to jest. Byli
prawie nadzy. Widziałam jego twardego fiuta jak w nią wchodzi. I jej soki spływające w dół. Było jej dobrze. On trzymał ją za biodra. Jego palce odciskały się na jej skórze, mocno ją trzymał. On - mój narzeczony. Sądząc po
odgłosach, spełnienie było blisko... Zauważył mnie. Nie przestawał.
Kobieta też odwróciła głowę. Poznałam ją. To była moja mama! Mama!!! Myślałam, że umrę. Zbiegłam w dół. Nie wiem jakim cudem nie połamałam nóg. Zdradził mnie. Mój narzeczony, z którym za dwa miesiące miałam brać ślub, zdradził mnie z moją własną matką! Nie wiem jakim cudem dojechałam szczęśliwie do centrum. Nie pamiętam drogi. Nie wiedziałam co mam zrobić, jak postąpić. Muszę pomyśleć. Ale najpierw się zresetować. Weszłam do pierwszego lepszego baru.
- Barman lej! Czystą! Od razu sześć kieliszków.
Pierwsze trzy wypiłam jednym tchem. Powoli zaczynałam się resetować. Ale wciąż, jak zamykałam oczy, widziałam JĄ! Widziałam ją jak siedzi na nim i słyszałam te odgłosy. Wyraźnie było im dobrze z sobą. To świadczyło, że to nie był ich pierwszy raz! Dopiero teraz to do mnie dotarło. I dotarło do mnie, że to nie był jej pierwszy raz z jakimś moim chłopakiem. Dopiero teraz zobaczyłam pewne fakty z moich poprzednich związków. Czy moja matka przeleciała każdego z moich chłopaków?! Boli. Bardzo boli. Matka jest młoda, ojca cały czas nie ma, ale to nie pozwala jej na........... Dość!
- Barman! Podaj mi proszę pół litra do stolika.
- Ale...
- Podaj, proszę. - Postanowiłam się upić, żeby choć na chwilę zapomnieć. No i jak postanowiłam, tak zrobiłam.
- Agila! - Ktoś mnie woła. - Agila obudź się! - Podniosłam głowę i zauważyłam swojego brata.
- Czego chcesz? - Warknęłam na niego.
- Barman zatelefonował do mnie, żeby cię zabrać, bo się upiłaś.
- Odwal się. Sama sobie poradzę.
- Nie wygłupiaj się. Zabiorę cię stąd do domu.
- Nie! Tylko nie tam! Idź sobie. Poradzę sobie. No już!
- Ale o co chodzi? Nigdy tak się nie zachowywałaś.
- Świętuję zdanie egzaminu. Od dziś jestem legalnym pilotem.Zaprowadź mnie tylko do hotelu i idź sobie.
- Dobra. - Jak poprosiłam, tak zrobił.
Jak wytrzeźwiałam, a była to jakaś 2:30, najpierw poszłam pod prysznic. Potem próbowałam wymyślić, co zrobić ze swoim życiem. Szukałam miejsc, gdzie potrzebują pilotów. To było najprostsze. Szukałam jak najdalszego miejsca. Znalazłam - na Ziemi potrzebowali pilotów na już. Super. Lecę. Opuszczając swoją rodzinną planetę posłałam wiadomość do brata: "Nie szukaj mnie. Sama się zgłoszę. Kiedyś. Zawiadom wszystkich, że ślub odwołany. Pa".
I tak opuściłam swoją planetę na cztery lata. Cztery długie lata.
Po jakimś czasie zgłosiłam się do mojego nowego pracodawcy. Dopiero teraz do mnie dotarło, że będę pilotem wojskowym, których tu non stop brakowało, i to w dodatku na wojnie, którą prowadziła płeć męska przeciw żeńskiej lub odwrotnie - żeńska przeciw męskiej. Ze względu na płeć oczywiście latałam po stronie kobiet. Było mi to obojętne, to nie była moja wojna. Zależało mi tylko, żeby być daleko od domu i żeby latać. Jak się potem okazało, wojna niestety nie dawała dużo okazji do seksu z facetami...ale nie było to niemożliwe...
- Barman lej! Czystą! Od razu sześć kieliszków.
Pierwsze trzy wypiłam jednym tchem. Powoli zaczynałam się resetować. Ale wciąż, jak zamykałam oczy, widziałam JĄ! Widziałam ją jak siedzi na nim i słyszałam te odgłosy. Wyraźnie było im dobrze z sobą. To świadczyło, że to nie był ich pierwszy raz! Dopiero teraz to do mnie dotarło. I dotarło do mnie, że to nie był jej pierwszy raz z jakimś moim chłopakiem. Dopiero teraz zobaczyłam pewne fakty z moich poprzednich związków. Czy moja matka przeleciała każdego z moich chłopaków?! Boli. Bardzo boli. Matka jest młoda, ojca cały czas nie ma, ale to nie pozwala jej na........... Dość!
- Barman! Podaj mi proszę pół litra do stolika.
- Ale...
- Podaj, proszę. - Postanowiłam się upić, żeby choć na chwilę zapomnieć. No i jak postanowiłam, tak zrobiłam.
- Agila! - Ktoś mnie woła. - Agila obudź się! - Podniosłam głowę i zauważyłam swojego brata.
- Czego chcesz? - Warknęłam na niego.
- Barman zatelefonował do mnie, żeby cię zabrać, bo się upiłaś.
- Odwal się. Sama sobie poradzę.
- Nie wygłupiaj się. Zabiorę cię stąd do domu.
- Nie! Tylko nie tam! Idź sobie. Poradzę sobie. No już!
- Ale o co chodzi? Nigdy tak się nie zachowywałaś.
- Świętuję zdanie egzaminu. Od dziś jestem legalnym pilotem.Zaprowadź mnie tylko do hotelu i idź sobie.
- Dobra. - Jak poprosiłam, tak zrobił.
Jak wytrzeźwiałam, a była to jakaś 2:30, najpierw poszłam pod prysznic. Potem próbowałam wymyślić, co zrobić ze swoim życiem. Szukałam miejsc, gdzie potrzebują pilotów. To było najprostsze. Szukałam jak najdalszego miejsca. Znalazłam - na Ziemi potrzebowali pilotów na już. Super. Lecę. Opuszczając swoją rodzinną planetę posłałam wiadomość do brata: "Nie szukaj mnie. Sama się zgłoszę. Kiedyś. Zawiadom wszystkich, że ślub odwołany. Pa".
I tak opuściłam swoją planetę na cztery lata. Cztery długie lata.
Po jakimś czasie zgłosiłam się do mojego nowego pracodawcy. Dopiero teraz do mnie dotarło, że będę pilotem wojskowym, których tu non stop brakowało, i to w dodatku na wojnie, którą prowadziła płeć męska przeciw żeńskiej lub odwrotnie - żeńska przeciw męskiej. Ze względu na płeć oczywiście latałam po stronie kobiet. Było mi to obojętne, to nie była moja wojna. Zależało mi tylko, żeby być daleko od domu i żeby latać. Jak się potem okazało, wojna niestety nie dawała dużo okazji do seksu z facetami...ale nie było to niemożliwe...
Współlokator. 8.
Paweł wstał.
- Ależ jak tak może być? Proszę natychmiast zawołać Agę z powrotem!
- Usiądź, proszę... - Mama chciała załagodzić sytuację. - Nie róbmy scen.
- Ale jak tak może być?! Przecież to Maria namieszała a Aga zapłaciła za tę sytuację wygnaniem?! To nie do pomyślenia, żeby wymyślić zaręczyny po dwóch spotkaniach.
- Ale przecież taki jest zwyczaj. - Maria cichutko popłakiwała i pociągała zasmarkanym nosem.
- Wychodzę. Mam dość tego weekendu. - Paweł naprawdę się wkurzył.
- Mamo! Przecież jak Jakub wyjdzie, to będzie jutro w kościele skandal. Co ludzie pomyślą?! - Maria była przerażona sytuacją.
Ojciec postanowił uratować dobre imię rodziny przed ludźmi.
- Panie Jakubie. Proszę, żeby pan został do jutra. Wynagrodzę to panu. Czego pan sobie życzy?
Paweł się zasępił.
- Co ma pan na myśli?
- Jakąś rekompensatę finansową. - Odparł ojciec.
- Nie, dziękuję. Mam dość pieniędzy. Nie potrzeba mi pańskich.
- Nalegam. - Ojciec chwycił Pawła za rękaw. Paweł intensywnie myślał. I wymyślił.
- Dobrze. Jest jedna rzecz, która przekona mnie, żeby zostać na jutrzejszej mszy.
- Co takiego? - Ojciec się wystraszył.
- Jeżeli jutro na tej samej mszy znajdzie się Aga. Ma ją jakoś pan przekonać, przeprosić, żeby zgodziła się przyjść. Jeżeli Agi nie będzie, to ja we mszy nie będę uczestniczył.
- Tato! Zrób coś! Przecież będzie skandal! - Moja siostra nawet nie przejęła się tym, że ojciec mnie wygnał z domu przez jej bzdurne pomysły.
- Gdzie ona teraz może być? - Ojciec chyba postanowił jednak jakoś to załatwić.
- Myślę, że pojechała do domu. - Odparł znający mnie najlepiej Paweł.
Po wyjściu z restauracji wzięłam taksówkę i faktycznie pojechałam do domu. Do tego miejsca, gdzie czułam się bezpiecznie, gdzie czułam się potrzebna. Zapłaciłam dość dużo ale w końcu było mnie stać a spokój był najważniejszy. Pół drogi przepłakałam. Z żalu, ze złości, za głupotę mojej siostry i rodziców, z bezsilności. Spodziewałam się, że kiedyś taka sytuacja może mieć miejsce ale chyba do końca w to nie wierzyłam. Po przyjechaniu na miejsce poszłam pod prysznic i wykończona cała sytuacją poszłam spać. Obudził mnie dzwonek do drzwi. Kto to może być o tej porze? Otworzyłam drzwi.
- Tata?! - Nie mogłam wyjść ze zdziwienia. - Co ty tutaj robisz?
- Pan Jakub powiedział, że nie będzie obecny na mszy, jeżeli nie przekonam cię do powrotu.
- Nie, tato, nie wracam. Mam dość. - Wpuściłam go do środka i weszliśmy na górę Nastawiłam wodę na herbatę i usiedliśmy na kanapie.
- Agnieszko proszę cię! Wróć do domu. - Ojciec chyba się przejął.
- Tato ale to ty sam mnie wygnałeś z domu i kazałeś się już więcej nie pojawiać. - Ojciec wydawał się nie rozumieć sytuacji.
- Ale twoja siostra się załamie. - W ojca oczach pojawiły się łzy. Nie wierzę!
- Tato! Dlaczego ty myślisz tylko o niej. To właśnie przez nią ty mnie obraziłeś. Nie rozumiesz tego? Dlaczego taki jesteś? Dlaczego to zawsze jest moja wina nawet wtedy, kiedy nie jest? - Jesu wyjaśnijmy to wreszcie, żebym miała spokój. Wkurzył mnie.
- No bo ty... - Ojciec zaczął kręcić.
- Bo co? Bo chodzi o to, że ja jestem dzieckiem nieślubnym tak? - Pytanie retoryczne, w końcu wiem, że zawsze chodzi o to samo.
- No... - Zabrakło mu słów.
- Ale tato przecież to nie moja wina. Ja się na świat nie pchałam. - Kurde to chyba oczywiste, chociaż on tego zdawał się nie rozumieć.
- Ależ...
- No ależ, ależ. Przecież wiesz skąd się biorą dzieci. Ale przecież to nic złego. Nie wy pierwsi i nie ostatni macie nieślubne dziecko.
- Y.. - Ojcu zabrakło słów.
- Tato. Przecież nie zrobiliście nic złego. Byliście młodzi, hormony buzowały i stało się. Nie wyskrobaliście mnie, urodziłam się. Daliście mi życie. Potem wzięliście ślub z mamą. Nie opuściłeś jej. Dorobiliście się drugiego dziecka, jakiegoś tam majątku. Jesteście porządnymi ludźmi.
- Wiesz co, właściwie to masz rację.... - Wydawało się, że dopiero teraz to do ojca dotarło. Ja pitolę. - Przepraszam cię córeczko za moje zachowanie. Byłem niesprawiedliwy i nie miałem racji.
- Dobra tato. Przeprosiny przyjęte. - Wydawało mi się, że naprawdę ojciec zrozumiał. - Teraz idźmy spać i wypocząć, bo jutro czeka nas długa droga.
- Tak, masz rację. Nawet fajnie się tu urządziliście...
Poszliśmy spać. Rano wyruszyliśmy. Też mi zależało, żeby w tak ważnym dla rodziców dniu być razem z nimi.
Pod kościołem był dość duży tłum ludzi. Pewno w mieście się rozniosło, że w restauracji była jakaś rodzinna chryja i ludziska byli ciekawi jak to się skończy. Mama z Maryśką nerwowo obgryzały skórki wokół paznokci. To była ich wspólna cecha. Babcia rozmawiała ze znajomymi. Paweł chodził w kółko. Zauważył nasz samochód. Pewno był ciekawy czy ja też z niego wysiądę. Wyszliśmy z ojcem z auta. Ruszyliśmy w stronę kościoła. Paweł ruszył w naszą stronę. Ludzie zaczęli się odwracać i obserwować naszą rodzinę. Paweł się uśmiechnął najszerszym ze swoich uśmiechów. Podszedł do ojca. Ja byłam parę kroków za nim.
- Dziękuję panu. - Uścisnął ojcu dłonie. Odwrócił się w moim kierunku.
- I jak? Pogodziliście się?
- Tak. Przegadaliśmy pół nocy. Ojciec zrozumiał, że nie miał racji. Przeprosił.
- A mnie ta sytuacja pozwoliła coś zrozumieć. - Paweł podszedł do mnie i wziął mnie w ramiona. Co ludzie powiedzą, pomyślałam...
- Zrozumiałem, że tak właściwie to ja cię od dłuższego czasu kocham, tylko nie dopuszczałem tej myśli do głowy.
- Co? - Oderwałam się od Pawła i spojrzałam w jego piękne oczy.
- Kocham cię! - Powtórzył Paweł. I zaczął całować na oczach wszystkich ludzi.............
Koniec.....
- Ależ jak tak może być? Proszę natychmiast zawołać Agę z powrotem!
- Usiądź, proszę... - Mama chciała załagodzić sytuację. - Nie róbmy scen.
- Ale jak tak może być?! Przecież to Maria namieszała a Aga zapłaciła za tę sytuację wygnaniem?! To nie do pomyślenia, żeby wymyślić zaręczyny po dwóch spotkaniach.
- Ale przecież taki jest zwyczaj. - Maria cichutko popłakiwała i pociągała zasmarkanym nosem.
- Wychodzę. Mam dość tego weekendu. - Paweł naprawdę się wkurzył.
- Mamo! Przecież jak Jakub wyjdzie, to będzie jutro w kościele skandal. Co ludzie pomyślą?! - Maria była przerażona sytuacją.
Ojciec postanowił uratować dobre imię rodziny przed ludźmi.
- Panie Jakubie. Proszę, żeby pan został do jutra. Wynagrodzę to panu. Czego pan sobie życzy?
Paweł się zasępił.
- Co ma pan na myśli?
- Jakąś rekompensatę finansową. - Odparł ojciec.
- Nie, dziękuję. Mam dość pieniędzy. Nie potrzeba mi pańskich.
- Nalegam. - Ojciec chwycił Pawła za rękaw. Paweł intensywnie myślał. I wymyślił.
- Dobrze. Jest jedna rzecz, która przekona mnie, żeby zostać na jutrzejszej mszy.
- Co takiego? - Ojciec się wystraszył.
- Jeżeli jutro na tej samej mszy znajdzie się Aga. Ma ją jakoś pan przekonać, przeprosić, żeby zgodziła się przyjść. Jeżeli Agi nie będzie, to ja we mszy nie będę uczestniczył.
- Tato! Zrób coś! Przecież będzie skandal! - Moja siostra nawet nie przejęła się tym, że ojciec mnie wygnał z domu przez jej bzdurne pomysły.
- Gdzie ona teraz może być? - Ojciec chyba postanowił jednak jakoś to załatwić.
- Myślę, że pojechała do domu. - Odparł znający mnie najlepiej Paweł.
Po wyjściu z restauracji wzięłam taksówkę i faktycznie pojechałam do domu. Do tego miejsca, gdzie czułam się bezpiecznie, gdzie czułam się potrzebna. Zapłaciłam dość dużo ale w końcu było mnie stać a spokój był najważniejszy. Pół drogi przepłakałam. Z żalu, ze złości, za głupotę mojej siostry i rodziców, z bezsilności. Spodziewałam się, że kiedyś taka sytuacja może mieć miejsce ale chyba do końca w to nie wierzyłam. Po przyjechaniu na miejsce poszłam pod prysznic i wykończona cała sytuacją poszłam spać. Obudził mnie dzwonek do drzwi. Kto to może być o tej porze? Otworzyłam drzwi.
- Tata?! - Nie mogłam wyjść ze zdziwienia. - Co ty tutaj robisz?
- Pan Jakub powiedział, że nie będzie obecny na mszy, jeżeli nie przekonam cię do powrotu.
- Nie, tato, nie wracam. Mam dość. - Wpuściłam go do środka i weszliśmy na górę Nastawiłam wodę na herbatę i usiedliśmy na kanapie.
- Agnieszko proszę cię! Wróć do domu. - Ojciec chyba się przejął.
- Tato ale to ty sam mnie wygnałeś z domu i kazałeś się już więcej nie pojawiać. - Ojciec wydawał się nie rozumieć sytuacji.
- Ale twoja siostra się załamie. - W ojca oczach pojawiły się łzy. Nie wierzę!
- Tato! Dlaczego ty myślisz tylko o niej. To właśnie przez nią ty mnie obraziłeś. Nie rozumiesz tego? Dlaczego taki jesteś? Dlaczego to zawsze jest moja wina nawet wtedy, kiedy nie jest? - Jesu wyjaśnijmy to wreszcie, żebym miała spokój. Wkurzył mnie.
- No bo ty... - Ojciec zaczął kręcić.
- Bo co? Bo chodzi o to, że ja jestem dzieckiem nieślubnym tak? - Pytanie retoryczne, w końcu wiem, że zawsze chodzi o to samo.
- No... - Zabrakło mu słów.
- Ale tato przecież to nie moja wina. Ja się na świat nie pchałam. - Kurde to chyba oczywiste, chociaż on tego zdawał się nie rozumieć.
- Ależ...
- No ależ, ależ. Przecież wiesz skąd się biorą dzieci. Ale przecież to nic złego. Nie wy pierwsi i nie ostatni macie nieślubne dziecko.
- Y.. - Ojcu zabrakło słów.
- Tato. Przecież nie zrobiliście nic złego. Byliście młodzi, hormony buzowały i stało się. Nie wyskrobaliście mnie, urodziłam się. Daliście mi życie. Potem wzięliście ślub z mamą. Nie opuściłeś jej. Dorobiliście się drugiego dziecka, jakiegoś tam majątku. Jesteście porządnymi ludźmi.
- Wiesz co, właściwie to masz rację.... - Wydawało się, że dopiero teraz to do ojca dotarło. Ja pitolę. - Przepraszam cię córeczko za moje zachowanie. Byłem niesprawiedliwy i nie miałem racji.
- Dobra tato. Przeprosiny przyjęte. - Wydawało mi się, że naprawdę ojciec zrozumiał. - Teraz idźmy spać i wypocząć, bo jutro czeka nas długa droga.
- Tak, masz rację. Nawet fajnie się tu urządziliście...
Poszliśmy spać. Rano wyruszyliśmy. Też mi zależało, żeby w tak ważnym dla rodziców dniu być razem z nimi.
Pod kościołem był dość duży tłum ludzi. Pewno w mieście się rozniosło, że w restauracji była jakaś rodzinna chryja i ludziska byli ciekawi jak to się skończy. Mama z Maryśką nerwowo obgryzały skórki wokół paznokci. To była ich wspólna cecha. Babcia rozmawiała ze znajomymi. Paweł chodził w kółko. Zauważył nasz samochód. Pewno był ciekawy czy ja też z niego wysiądę. Wyszliśmy z ojcem z auta. Ruszyliśmy w stronę kościoła. Paweł ruszył w naszą stronę. Ludzie zaczęli się odwracać i obserwować naszą rodzinę. Paweł się uśmiechnął najszerszym ze swoich uśmiechów. Podszedł do ojca. Ja byłam parę kroków za nim.
- Dziękuję panu. - Uścisnął ojcu dłonie. Odwrócił się w moim kierunku.
- I jak? Pogodziliście się?
- Tak. Przegadaliśmy pół nocy. Ojciec zrozumiał, że nie miał racji. Przeprosił.
- A mnie ta sytuacja pozwoliła coś zrozumieć. - Paweł podszedł do mnie i wziął mnie w ramiona. Co ludzie powiedzą, pomyślałam...
- Zrozumiałem, że tak właściwie to ja cię od dłuższego czasu kocham, tylko nie dopuszczałem tej myśli do głowy.
- Co? - Oderwałam się od Pawła i spojrzałam w jego piękne oczy.
- Kocham cię! - Powtórzył Paweł. I zaczął całować na oczach wszystkich ludzi.............
Koniec.....
niedziela, 19 maja 2019
Współlokator. 7.
Na kolacji było jak zwykle-drętwo. Poszliśmy do najlepszej restauracji w miasteczku. Jak zwykle ojciec zajął najważniejsze miejsce. Po jego obu stronach najważniejsze kobiety czyli mama i Maria. Reszta osób nie miała znaczenia. Jedliśmy, jak zwykle, w milczeniu. Jedyne słowa wypowiedziane przez nas to był wybór dań, do kelnera. Dawało to czas na przemyślenia. Właściwie to Paweł miał rację, pomyślałam. Chyba oboje jesteśmy już za starzy, żeby nadal korzystać z przypadkowego seksu. Bo fakt, nie zawsze jest on udany. Tak mi przyszło do głowy, że właściwie bardzo dobrze mi się mieszka z Pawłem. Uzupełniamy się. Seks z nim też jest najlepszy, bo oboje się znamy, znamy swoje reakcje na poszczególne pieszczoty.Gdyby nie ta uroczystość u rodziców, nigdy nie przyszło by mi do głowy, żeby na ten temat pomyśleć. Uzupełniamy się wzajemnie. Pomagamy sobie wzajemnie. Czy to w chorobie, czy to na imprezach, czy to jak mają przyjść niezapowiedziani goście. Oboje sobie nawzajem pomagamy. Dopiero teraz, kiedy Paweł siedzi taki wystrojony naprzeciw mnie, zauważyłam, że jest kurde cholernie przystojny.
W ciszy i brzęku sztućców kolacja dobiegała końca. Kelner skinął na muzyka, który zaczął grać jakiś romantyczny kawałek. Wniesiono tort. Płonący tort. I szampana.
- No, Jakub, teraz ty. - Moja siostra szturchnęła Pawła łokciem w bok.
- Ale co?
- No! Teraz ty!
- Ale co ja? Nie rozumiem! - Widać było, że Paweł nawet nie domyśla się, o co chodzi mojej siostrze. Zaczęło mnie to bawić.
- Gdzieś to schował? - Maria zaczęła obmacywać kieszenie Pawła.
- Kurde zostaw. - Paweł wyrwał swoją marynarkę z rąk Marii. - Aga wyjaśni mi ktoś o co chodzi? Czego ona chce! - W jego spojrzeniu widać było pustkę. Nie domyślał się.
Musiałam mu wytłumaczyć, żeby pojął. - Masz wyciągnąć pierścionek zaręczynowy i się oświadczyć. Po prostu. - Wyjaśniłam w najprostszy sposób. Patrzący prosto w moje oczy Paweł zdębiał. Wyraźnie szczęka mu opadła.
- Co?! Dlaczego ja mam się oświadczać? - No trzeba było chłopaka ratować. Reszta rodziny patrzyła na nas zdumiona.
- Moja siostra myśli, że jak przyjechałeś z nią na weekend do rodziców, to masz zamiar się oświadczyć. - Teoretycznie sytuacja była zabawna. Ale raczej nie z moją rodzinką... Paweł odwrócił głowę w kierunku Marii.
- Dlaczego tak pomyślałaś? Przecież my się nie znamy tak dobrze, żeby... - Paweł odwrócił się w moim kierunku. - Nie wierzę.
- Bo widzisz Paweł, w małych miasteczkach jest taki zwyczaj, że jak przyjeżdżasz do rodziców panny, to się oświadczasz i masz poważny zamiar się żenić.
Paweł odwrócił się do Marii. - Przecież my się znamy od niedawna. Widzimy się na oczy dopiero drugi raz. Nawet nie wiedziałem, że jedziemy do twoich rodziców. - Oczy Marii wypełniły się łzami.
- Kurde Aga to jakiś cyrk czy to tak serio. Ktoś mnie wkręca? Czuję się winny a nie zrobiłem nic złego. - Oczy Pawła były nadal jak dwa spodki. Nie mógł wyjść ze zdziwienia. W tym czasie mama podeszła z chusteczką do mojej siostry, żeby dosłownie wytrzeć jej nos. - Cicho córeczko, nie płacz...
- Ale Paweł tu na serio tak jest. Nic ci na to nie poradzę. - Chyba pierwszy raz od przyjazdu mogliśmy z Pawłem rozmawiać. I patrzeć sobie w oczy. Babcia siedziała cicho.
Do rozmowy wtrącił się ojciec. - Przepraszam państwa ale wydaje mi się, że wy się znacie? - Wiedziałam, że to pytanie w końcu padnie. Obawiałam się tego. Ale ktoś musiał się odważyć i odpowiedzieć. Spojrzałam na Pawła. Pokręcił głową. Bezgłośnie wyszeptał: nie mów.
Przełknęłam ślinę. Odwróciłam głowę w stronę ojca. - Tak, tato. Znamy się.
- Jak długo? - Ojciec drążył.
- Od jakichś trzech lat...
- Skąd się znacie? - Pociągając nosem odezwała się moja siostra.
- No... mieszkamy w jednym mieście... - Próbowałam nie powiedzieć prawdy.
- A na prawdę? - Ojciec podjął temat.
- Ale czy to ważne? - Próbował przerwać temat Paweł.
- Agnieszko! Proszę odpowiedzieć! - Ojciec chyba wyczuł co się święci. Przełknęłam ślinę. Wzięłam głęboki oddech. Paweł znów pokręcił głową, żeby nie gadać. Wyczuwał, że to źle się skończy.
- Wynajmuję pokój u Pawła. - Wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
- Co? Mieszkacie razem?! - Moja siostra nagle przestała smarkać. - To ty wymyśliłaś, żebyśmy się spotkali z Jakubem? - Dramatyzm w głosie mojej siostry doszedł wyżyn mocy.
- Mieszkamy pod jednym adresem. Ale uwierz, do głowy by mi nie przyszło, żeby was poznać ze sobą. - Próbowałam kręcić i zmienić tor rozmowy...
- W jednym mieszkaniu?! - Maria drążyła. - Może jeszcze sypiacie z sobą!? - No i padło to pytanie...
- Zdarza nam się. Ale to nie powinno mieć żadnego znaczenia. Jesteśmy ludźmi wolnymi i nie robimy tym nikomu nic złego. - Paweł się wkurzył i wypalił jak z grubej rury. Ale fakt, miał rację.
- Agnieszko! Proszę opuścić naszą rodzinę. Natychmiast! - Jak zwykle cała wina spadła na mnie. Pomimo tego, że namieszała moja siostra, cała wina spadła na mnie. Kurde mam ich dość. Przyjazd tutaj był błędem, co przewidywałam. Wstałam od stołu, wyszłam z restauracji i pojechałam do domu... Wkurzona na maksa na całą tę sytuację...
A jak to się skończyło-w ostatnim odcinku.
Następna opowieść- "Otworzyłam cicho drzwi. Zobaczyłam kaskadę jej włosów spływającą po plecach. Biodra unosiły się miarowo i opadały w dół. Na niego. Byli prawie nadzy. On trzymał ją za biodra. On - mój narzeczony. Sądząc po odgłosach, spełnienie było blisko... Zauważył mnie. Nie przestawał. Kobieta też odwróciła głowę. Poznałam ją. To była........"
W ciszy i brzęku sztućców kolacja dobiegała końca. Kelner skinął na muzyka, który zaczął grać jakiś romantyczny kawałek. Wniesiono tort. Płonący tort. I szampana.
- No, Jakub, teraz ty. - Moja siostra szturchnęła Pawła łokciem w bok.
- Ale co?
- No! Teraz ty!
- Ale co ja? Nie rozumiem! - Widać było, że Paweł nawet nie domyśla się, o co chodzi mojej siostrze. Zaczęło mnie to bawić.
- Gdzieś to schował? - Maria zaczęła obmacywać kieszenie Pawła.
- Kurde zostaw. - Paweł wyrwał swoją marynarkę z rąk Marii. - Aga wyjaśni mi ktoś o co chodzi? Czego ona chce! - W jego spojrzeniu widać było pustkę. Nie domyślał się.
Musiałam mu wytłumaczyć, żeby pojął. - Masz wyciągnąć pierścionek zaręczynowy i się oświadczyć. Po prostu. - Wyjaśniłam w najprostszy sposób. Patrzący prosto w moje oczy Paweł zdębiał. Wyraźnie szczęka mu opadła.
- Co?! Dlaczego ja mam się oświadczać? - No trzeba było chłopaka ratować. Reszta rodziny patrzyła na nas zdumiona.
- Moja siostra myśli, że jak przyjechałeś z nią na weekend do rodziców, to masz zamiar się oświadczyć. - Teoretycznie sytuacja była zabawna. Ale raczej nie z moją rodzinką... Paweł odwrócił głowę w kierunku Marii.
- Dlaczego tak pomyślałaś? Przecież my się nie znamy tak dobrze, żeby... - Paweł odwrócił się w moim kierunku. - Nie wierzę.
- Bo widzisz Paweł, w małych miasteczkach jest taki zwyczaj, że jak przyjeżdżasz do rodziców panny, to się oświadczasz i masz poważny zamiar się żenić.
Paweł odwrócił się do Marii. - Przecież my się znamy od niedawna. Widzimy się na oczy dopiero drugi raz. Nawet nie wiedziałem, że jedziemy do twoich rodziców. - Oczy Marii wypełniły się łzami.
- Kurde Aga to jakiś cyrk czy to tak serio. Ktoś mnie wkręca? Czuję się winny a nie zrobiłem nic złego. - Oczy Pawła były nadal jak dwa spodki. Nie mógł wyjść ze zdziwienia. W tym czasie mama podeszła z chusteczką do mojej siostry, żeby dosłownie wytrzeć jej nos. - Cicho córeczko, nie płacz...
- Ale Paweł tu na serio tak jest. Nic ci na to nie poradzę. - Chyba pierwszy raz od przyjazdu mogliśmy z Pawłem rozmawiać. I patrzeć sobie w oczy. Babcia siedziała cicho.
Do rozmowy wtrącił się ojciec. - Przepraszam państwa ale wydaje mi się, że wy się znacie? - Wiedziałam, że to pytanie w końcu padnie. Obawiałam się tego. Ale ktoś musiał się odważyć i odpowiedzieć. Spojrzałam na Pawła. Pokręcił głową. Bezgłośnie wyszeptał: nie mów.
Przełknęłam ślinę. Odwróciłam głowę w stronę ojca. - Tak, tato. Znamy się.
- Jak długo? - Ojciec drążył.
- Od jakichś trzech lat...
- Skąd się znacie? - Pociągając nosem odezwała się moja siostra.
- No... mieszkamy w jednym mieście... - Próbowałam nie powiedzieć prawdy.
- A na prawdę? - Ojciec podjął temat.
- Ale czy to ważne? - Próbował przerwać temat Paweł.
- Agnieszko! Proszę odpowiedzieć! - Ojciec chyba wyczuł co się święci. Przełknęłam ślinę. Wzięłam głęboki oddech. Paweł znów pokręcił głową, żeby nie gadać. Wyczuwał, że to źle się skończy.
- Wynajmuję pokój u Pawła. - Wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
- Co? Mieszkacie razem?! - Moja siostra nagle przestała smarkać. - To ty wymyśliłaś, żebyśmy się spotkali z Jakubem? - Dramatyzm w głosie mojej siostry doszedł wyżyn mocy.
- Mieszkamy pod jednym adresem. Ale uwierz, do głowy by mi nie przyszło, żeby was poznać ze sobą. - Próbowałam kręcić i zmienić tor rozmowy...
- W jednym mieszkaniu?! - Maria drążyła. - Może jeszcze sypiacie z sobą!? - No i padło to pytanie...
- Zdarza nam się. Ale to nie powinno mieć żadnego znaczenia. Jesteśmy ludźmi wolnymi i nie robimy tym nikomu nic złego. - Paweł się wkurzył i wypalił jak z grubej rury. Ale fakt, miał rację.
- Agnieszko! Proszę opuścić naszą rodzinę. Natychmiast! - Jak zwykle cała wina spadła na mnie. Pomimo tego, że namieszała moja siostra, cała wina spadła na mnie. Kurde mam ich dość. Przyjazd tutaj był błędem, co przewidywałam. Wstałam od stołu, wyszłam z restauracji i pojechałam do domu... Wkurzona na maksa na całą tę sytuację...
A jak to się skończyło-w ostatnim odcinku.
Następna opowieść- "Otworzyłam cicho drzwi. Zobaczyłam kaskadę jej włosów spływającą po plecach. Biodra unosiły się miarowo i opadały w dół. Na niego. Byli prawie nadzy. On trzymał ją za biodra. On - mój narzeczony. Sądząc po odgłosach, spełnienie było blisko... Zauważył mnie. Nie przestawał. Kobieta też odwróciła głowę. Poznałam ją. To była........"
Subskrybuj:
Posty (Atom)